Czerwone jabluszko

 

 

Ku pamięci pani Olgi Temerowej - 

założycielki organizacji

pozarządowej  "Polonia Minusińska” 

dziennikarki i

prowadzącej audycji "Radio-Rodacy" oraz

solistki polonijnego zespołu wokalnego 

"Czerwone Jagody"

 

 

 

 

      Czas leci szybko... Minął już rok od dnia 25 maja 2014 roku, kiedy w Minusińskim miejskim domu kultury odbył się „Koncert piosenki słowiańskiej” poświęcony dniu piśmiennictwa słowiańskiego i kultury. Ponieważ jednym z inicjatorów koncertu była Narodowo-Kulturalna Organizacja Społeczna "Polonia Minusińska", jej amatorski wokalny zespół "Czerwone jagody" brał w nim udział z repertuarem w języku polskim oraz rosyjskim.

     Koncert ten stał się już dobrą tradycją. W sali Domu Kultury były obecne znane zespoły miejskie, brzmiały piosenki w różnych językach słowiańskich. Publiczność ciepło witała wszystkich śpiewaków. Często otrzymywali oni gromkie brawa. Ale tym razem nie wszystko poszło zgodnie z planem. Nagle jeden z widzów zgłosił się z zaimprowizowaną piosenką w języku polskim. Mężczyzna tak pragnął wystąpić, że organizatorzy koncertu nie mogli się sprzeciwić i dołączyli jego występ do programu. Gość wykonywał utwór a cappella "Czerwone jabłuszko", a nasz zespół "Czerwone jagody" w tym czasie już zakończył swoje wystąpienie, odpoczywałyśmy w holu. Ale gdy usłyszałyśmy śpiew w języku polskim, to zainteresowało nas, więc, postanowiłyśmy wykorzystać moment do zapoznania się z wykonawcą utworu. Dosłownie pilnowałyśmy gościa za kulisami. Otoczyłyśmy artystę amatora i zapytałyśmy: skąd on jest, gdzie nauczył się języka polskiego?

      Poznałyśmy się z nim. On miał rzadkie w obecnych czasach "anielskie" imię - Gabriel. Po zapoznaniu się z gościem w holu miejskiego Domu Kultury zaprosiłyśmy go na rozmowę w bardziej spokojnym miejscu.

      27 maja 2014 roku, my - członkowie "Polonia Minusinska" – zebraliśmy się w przytulnej sali Minusińskiej Miejskiej Galerii Sztuki, a naszymi gośćmi byli Gabriel Miazin i jego żona Walentyna.

 

      ... Ten artykuł miał być napisany rok temu ręką innego autora, ponieważ liczne koncerty, spotkania i inne wydarzenia z życia organizacji "Polonia Minusińska" stawały się znane dzięki artykułom oraz audycjom pani Olgi Temerowej - pierwszej prezes "Polonii Minusińska", dziennikarki i solistki zespołu "Czerwone jagody”. I tym razem, uczestnicząc z nami w koncercie, pani Olga okazała się doświadczonym reporterem, rozpoznając w naszym gościu ciekawego człowieka ... Pani Olga prowadziła naszą rozmowę i już zaczęła pisać artykuł i przygotowywać reportaż radiowy, ale ciężka choroba nie pozwoliła go dokończyć. Ten materiał został napisany dzięki nagraniu które pozostało po tym spotkaniu ...

      Najpierw Gabriel przypomniał jak mu się udało wystąpić na "Koncercie pieśni słowiańskiej". Z uśmiechem opowiadał, że organizatorzy nie chcieli wypuścić go na scenę.

    - Zwracam się do pani prowadzącej koncert: Pani widzi, ... jestem trzeźwy ... Przyszła jej kierowniczka, skrupularnie popatrzyła na mnie i mówi też - Nie można! Ale ja powtarzam: że są  jakieś wyjątki? Przecież widać, że jestem trzeźwy, nie pijany ... Ona mówi: "No cóż, spróbujmy". Namówiłem!

     Nasza rozmowa rozpoczęła się nieformalnie i żeby spotkanie nabrało przyzwoity start, Olga Temerowa przedstawiła gościom obecnych członków organizacji "Polonia Minusińska", a nam zaś - małżeństwo Miazinych. Ona również ogłosiła cel spotkania: poznać się bliżej z małżeństwem i dowiedzieć się co łączy Gabriela z polską piosenką ludową. I Gabriel chętnie zaczął opowiadać ...

      „Powiem państwu to co zostało w mojej pamięci. Podczas wojny do Małej Minusy przybył polski sierociniec. Dokładnej daty nie pamiętam ... był rok 1943. Na sierociniec była przydzielona dolna część szkoły, a na 2. piętro wcisnęli nas - uczniów szkoły wiejskiej. Rok szkolny zaczęliśmy na dwie zmiany. Wszyscy czuli się niedobrze, bo było tłoczno i ciasne. Ale jak to się mówi – gdzie zgoda tam nie ciasno.

     Potem powstał problem jak umieścić pracowników tego sierocińca. Zwrócili się do nas. Mieszkaliśmy daleko, 2 km od szkoły, ale jednak oni przyszli do nas z zapytaniem: "czy nie moglibyśmy wziąć rodzinę Polaków, którzy przybyli do Malej Minusy?”.

   

    Pani Olga prosi Gabriela aby wyjaśnił o to kto zapytał: przedstawiciele administracji wsi czy tamta polska rodzina?

 

    „Trudno teraz powiedzieć. Prawdopodobnie oni za pośrednictwem rady wsi (ros. sielsowieta) dowiedzieli się o nas, bo przyszli prosto pod adres. Przed wojną mieliśmy niewielką rodzinę: 2 synów (jestem najmłodszy – z 1930 roku, a starszy - z 1926 roku). Oprócz nas mieszkali babcia i ojciec z matką. Zawsze mieliśmy obowiązek kogoś nocować. Wtedy na wsi nie było domu, gdzie się można było zatrzymać, nawet w Minusińsku. Dlatego chłopi, którzy przejeżdżali ze wsi Karatuz lub Kuragino do Minusińska zawsze prosili nas o nocleg. Prawdopodobnie pracownicy sielsowieta kierowali ich właśnie do nas”.

 

    Prowadząc rozmowę, pani Olga poprosiła Gabriela aby bardziej szczegółowo opowiedział o polskiej rodzinie, przebywającej w domu Miazinych.

 

    ... Polska rodzina składała się z matki ... Nie pamiętam dokładnie jej imienia. Chyba ona miała na imię Julia - córka Grzegorza ... I wszyscy - moja babcia, mama i ja - nazywaliśmy ją Grigoriewną. Wszyscy byliśmy jedną rodziną. Udostępniliśmy im do zamieszkania jedno pomieszczenie. Domy na wsi zazwyczaj składały się z dwóch izb.  Udostępniliśmy im najlepszą część naszego domu. W naszym domu również mieszkały: matka 59 lat, córka Maria (najstarsza, miała 32 lata) i Nina (miała 28 lat). Właśnie od naszych polskich gości nauczyłem się śpiewać polską piosenkę. Języka polskiego jednak nie znam... Przed tym, zanim zamieszkali u nas, byli oni deportowani do Igarki, prawdopodobnie  przebywali tam dwa lata”.

 

      Od polskich gości rodzina Miazinych dowiedziała się o wydarzeniach z roku 1939.

 

     ...  17 września 1939 roku nasi pojawili się we wschodniej części Polski. Wojsko Hitlera nacierało z zachodu, a nasze wojska weszły ze wschodu. Jak opowiadała ta rodzina, żadnych walk z naszymi żołnierzami nie było, ofiar też nie było. Zapamiętali, że wszyscy radzieccy kawalerzyści mieli bardzo skromną i biedną uprząż końską. Wodze zazwyczaj są skórzane, a oni mieli sznurowe. O tym opowiadała Grigorijewna. Również byli zaskoczeni tym, że wojsko było bardzo słabo wyposażone ...

 

      Na pytanie pani Olgi o mężczyznach z rodziny, Gabriel opowiedział następującą historię.

 

    ... Mieszkali u nas aż do końca wojny. Kontakt z nimi był bardzo bliski i przyjazny. Wcześniej, przed przybyciem do nas, dwóch synów z tej rodziny musiało iść do wojska, aby wziąć udział w walkach o wyzwolenie Europy. Wiadomo, bo w Riazaniu było organizowane wojsko polskie (Przypis autora: prawdopodobnie chodzi o 1. Polską Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki), które póżniej weźmie udział w walkach o wyzwolenie Warszawy i będzie forsować Wisłę.

      Najstarszy z synów - Bronisław, urodził się w roku 1920 lub 1919, drugi – Stanisław, urodził się ok. 1922 roku. Tak opowiadała ich matka. Nasza babcia zadawała Grigorijewnie pytanie: czy jej synowie ożenili się? Okazało się, że obaj byli kawalerami. Nasza babcia była tym bardzo zaskoczona bo na syberyjskiej wsi zawierali małżeństwa dość wcześnie. Grigorijewna powiedziała na to: "Mamy taki zwyczaj - nasi synowie nie żenią się za wcześnie."

     ... Rodzina była z polskiej szlachty. A nasi dziwili się: z szlachty, a ludzie przyjaźni i mają dobre nastawienie do prostych ludzi. Przecież mieliśmy stereotyp rosyjskich i polskich arystokratów, oczywiście też, że to wyzyskiwacze ... A Ci - bardzo mili, sympatyczni. Szczególnie bardzo podobała się nam matka – Grigorijewna...

 

      Rozmowa toczyła się jak zwykle. Wspomnienia o Polakach zastąpiły inne - o życiu i pracy w czasie wojny.

 

    „W tym czasie studiowałem i pracowałem. Pracowaliśmy wszyscy przez całe lato i do głębokiej jesieni. Podczas wojny pracowaliśmy w polu po 6 miesięcy w roku. W czasie pokoju pracowało się tylko 4,5 miesięcy w roku, a resztę czasu studiowaliśmy. Wojna była poważnym sprawdzianem... Ciągle byliśmy w pracy na polu. Raz na dwa tygodnie wozili nas do łaźni... ".

   

    Przodkowie Gabriela - rosyjscy osadnicy z zachodu Rosji. Jak w każdej rodzinie rdzennych Sybiraków, Mijazinowie przechowują własną historię przesiedlenia pradziadków na surową ziemię syberyjską.

 

     „... Moi przodkowie po matce - Ukraińcy z Połtawy. Dziadek Charyton z powodu biedy i braku ziemi wziął cztery córki i babcię, i oni wyjechali wozem konnym na Syberię, gdzie była ziemia. Była to ciężka i długa droga. Mieszkaliśmy tam, dziewczyny stały się dorosłe i wyszły za mąż. Dziadkowie postanowili wrócić bo tęsknili za Ukrainą. Pojechali tam! Po raz drugi wozem konnym! Przyjechali oni na Ukrainę - bez córek było im nudno! Wrócili na Syberię ponownie. Mieszkali oni jeszcze jakiś czas na Syberii, ale sobie przypomnieli: "Chata nie sprzedana!" Wrócili znów na Ukrainę. W tym czasie urodzili się chłopcy. Jeden trzynastoletni Gabriel, mój imiennik, przejechał z ojcem na koniach pięć tysięcy kilometrów. Oni przyjechali tam i sprzedali dom.  Prześladowali ich bandyci gdy wracali pociągiem. Za czasów Stołypina pociągami przewożono konie, a w wagonach - siano. Ukrywali się w sianie przed bandytami. Bandyci też przybyli, weszli do wagonu: "Gdzie oni są? Powinni być tutaj. Należało załatwić ich tam jeszcze". A Gabriel z ojcem metr od nich siedzieli w sianie. Ojciec już był stary, a jeszcze z trzynastoletnim synkiem. Kichnąłby ktoś z nich - i śmierć. Dzięki Bogu, nikt nie kichnął. A bandyci wkrótce opuścili pociąg. Tak więc przyjechali na Syberię po raz piąty. I pojawili się moi krewni po matce - Czumacy. Rośli mężczyźni! Każdy z nich ma wzrost jakby siedział na koniu. Dziadek Charyton ożenił się z niewysoką Łukerią aby zrekompensować swój wzrost. Okazało się jednak: krewni Czumacy są bardzo rośli jak dziadek Charyton, lub malutcy, jak Łukeria...”.

 

       ... Długo trwała nasza rozmowa przy herbacie ... Gabriel opowiadał nam - słuchającym z "otwartymi ustami" - o historii wsi Mała Minusa, o losach swoich kolegów ze szkoły, o ich osiągnięciach sportowych i zawodowych. Akompaniując sobie na akordeonie, zaśpiewał piosenkę własnego autorstwa o mieście Minusińsk, śpiewał również polskie piosenki: «Szła dzieweczka do laseczka»  (ros. «Шла девица по лесочку»). "Czerwone jabłuszko" w języku polskim otrzymał za to nasze wielkie brawa. Zespół wokalny "Czerwone jagody" specjalnie dla gości zaśpiewał kilka piosenek ze swojego repertuaru. Gabriel i jego żona byli zaskoczeni o ile zrozumiały jest dla nich język polski w pieśniach. Wreszcie, nasz utalentowany rozmówca przeczytał dla nas wiersz własnego autorstwa o swoim dzieciństwie w Małej Minusie, był on przesiąknięty miłością do ojczyzny.

         Nadszedł czas, aby się pożegnać. Umówiliśmy się o to żeby kontynuować naszą znajomość. Wszyscy obecni byli pod wrażeniem spotkania z cudownym człowiekiem. Dla nas było to również zaskakujące i przyjemne to, że z lat 40. XX wieku Gabriel chroni pamięć o wydarzeniach z jego dzieciństwa, o gościach z Polski, którzy mieszkali jak jedna duża rodzina, że pamięta piosenkę w języku dla niego obcym, którą pamięta jako echo z tych lat...

 

Kierownik zespołu wokalnego „Czerwone jagody”

Larysa Koreniec

 

 

Fragment pieśni Gabriela Miazina на youtube: 

https://www.youtube.com/watch?v=EVaO5GfsCWI&feature=youtu.be

 

 

 

 

 

Galerie zdjęć
Projekt jest finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą
Kancelaria Prezesa Rady Ministrów
Wspólnota Polska

Redakcja strony: dr hab Sergiusz Leończyk, dr Artiom Czernyszew

"Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów".
Skontaktuj się z nami
Kliknij aby przeładować
Wymagane jest wypełnienie wszystkich pól oznaczonych gwiazdką *.

Organizacje